sobota, 22 sierpnia 2015

Opony na wynos i w dowozie


Wychodze przed biuro, a tam auto kolegi bez koła. Okazało się, że w Edynburgu mamy taką pomysłową firmę do której możesz zadzwonić i podać jakie masz auto, gdzie pracujesz a oni - gdy będziesz w pracy - przyjadą z zestawem nowych opon do twojego auta i wymienią je na miejscu

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

e-Bóg

Szkoci, jako ekstremalnie pragmatyczny naród, potrafi znaleźć rozwiązania najtrudniejszych problemów. Dziś : e-Bóg.

Masz potrzebę modlitwy, a musisz pędzić do pracy? Nie ma sprawy! Kościół episkopalny w Edynburgu, w dzielnicy Canonmills, ma świetną ofertę. Piszesz SMSa z intencją swojej modlitwy, a oni zrobią resztę za Ciebie. Ciekawe, czy bitcoinami można dawać na tacę.

wtorek, 9 czerwca 2015

Szkot na obczyźnie też jest Twoim przyjacielem

Wakacje w Londynie. W hostelu gdzieś dobiega mnie silnie szkocki akcent. Coś między Glasgow a Edynburgiem, musi być "nasiejszy". Nazajutrz spotykamy się w kuchni hostelowej, gdzie nieznajomy wita mnie "awright buddy?". Od słowa do słowa, okazuje się że nieznajomy to Jordan, Szkot mieszkający obecnie w Londynie. Rozmowa się rozkręca i okazuje się, że Jordan nie tylko się urodził w Edynburgu, ale w dodatku na tej samej dzielnicy, gdzie mieszkam. Jest nuta porozumienia. Przyjaznośc Szkotów nie ma granic. Zupełnie serio, są to ludzie bardzo skorzy do rozmów i interakcji, jeśli tylko rozmówca umie podołać ich akcentowi. Może dlatego tak chętnie podejmują rozmowę, bo niewielu ją odwzajemnia?

W rozmowie pyta, co już udało się tutaj zobaczyć i jakie są ogólne wrażenia, więc wspominam że cały wczorajszy dzień minął pod znakiem Camden Town. To ogromne londyńskie targowisko, gdzie można kupić wszystko od galanterii skórzanej poprzez hiszpańską Paellę przygotowywaną na miejscu kończąc na produktach New Age. To ostatnie określenie wywołało sporo zamieszania. Jordan wspomniał, że on wie, że tutaj można kupić zioła New Age, nawet więcej: on niebawem jedzie do domu rodzinnego i chce mamie przywieźć trochę środka "na dobry sen". Historia się rozkręca, bo okazuje się że Jordan jest działaczem społecznym typu streetwalker, pracuje na ulicy z uzależnionymi. Wspomniał, że jego mama przez całe jego dzieciństwo mówiła "Trzymaj się z dala od narkotyków!", a ostatnio gdy do niej przyjechał to paliła marihuanę. Na dobry sen.

Historia robi się coraz śmieszniejsza. Facet z Edynburga poznany w Londynie, który wyciąga ludzi z narkomanii, ma mamę palącą trawę do snu i niebawem jedzie na Camden Town po "zioła". Pytam, czy te zioła są skuteczne. Mówi, że są świetne, że śpi się po nich szybko i głęboko. Jakoże zależałoby mi mieć coś takiego u siebie w domu - jeżeli to jest legalne i ogólnodostępne - więc podpytuję o detale. Jordan, z racji że oboje jesteśmy ze Szkocji, traktuje mnie jak przyjaciela i proponuje że mi wieczorem przyniesie trochę "na próbę". Po czym szybko dodaje: "A próbowałeś kiedyś kwasu? [LSD] Bo wiesz, na początku możesz mieć trochę halucynacji i wrażenia jak po kwasie". Takie tam.. ziołolecznictwo po szkocku. Każdy Szkot, nawet na obczyźnie, podzieli się z Tobą najlepszym, czym ma

piątek, 15 maja 2015

O języku galickim

Język galicki jest wciąż kultywowany w Szkocji. Ba, są nawet szkoły galickie dla dzieci.

Próbowałem dziś wytłumaczyć znajomym to, że Grzegorz to Grześ, czyli że stosujemy zdrobnienia pokazujące jakąś formę zażyłości/spoufalenia wobec drugiej osoby. Zupełnie nie zdając sobie sprawę, że dla Szkota taka nowinka językowa może być osobliwa wywołałem niemałe zdziwienie. Przy okazji dowiedziałem się, paru ciekawostek o imionach galickich. Poza tym że z racji na inną wymowę brzmienie imion jest kosmiczne (żeńskie imię Mhairi wymawia się Waa-ri), to dodatkowo stosuje się inną formę imienia gdy mówisz o kimś, a inną gdy do tego kogoś.

poniedziałek, 9 marca 2015

Różnica w mentalności w jednej historii

Minął ponad rok odkąd zacząłem pisać bloga. Z racji na to, że niegdysiejsze dziwne/ciekawe dziś staje się codziennością - samo uderzenie różnicy jest dużo słabsze. Od samego początku chcialem, aby mój blog koncentrował się na tym, czego nie znalazłem w sieci wyjeżdżając do Szkocji - na różnicach kulturowych. Po roku myślę, że pewne rzeczy widać mocniej i tym samym można je opisać zwięźlej.

Najprostszy przykład tego, co różni Polaków i Szkotów niech zilustruje taki przykład: Polak i Szkot jadą dwoma samochodami. Każdy z nich wpada autem w dziurę, przez co uszkadza oponę i felgę. Niestety, np. w Edynburgu, ulice są równie dziurawe jak gdziekolwiek w Polsce, lecz ludzie jakby tego nie zauważają. Wracając do historii, mamy dwóch ludzi, każdy z uszkodzonym kołem przez dziurę w jezdni. Tu zaczyna się różnica.

Polak wyskakuje z auta, zaczyna się awanturować, rzucać obelgami. Szuka winnych, na pewno tych z magistratu, którzy ciągle nic nie robią a podatki biorą; na pewno tych którzy powinni dawno tą dziurę naprawić. W zasadzie wszyscy są współwinni. Polak szybko dzwoni do swojego szefa, że nie dojedzie na czas do pracy, na co szef wylewa na niego całą swą niechęć mówiąc, że definitywnie wpłynie to na jego ocenę i że spóźnianie nie jest tolerowane (zupełnie, jakby ten komu się to przydarzyło, zrobił to umyślnie). Kluczem jest szukanie winnego. Polacy notorycznie szukają winnych, natomiast niezbyt interesuje ich jak naprawić obecną sytuację -niezależnie kto jej zawinił.

Szkot wpadł autem w dziurę. Zaklnie sobie "o cholera", ale nie więcej, bo tutejsze obyczaje wskazują, że nie należy okazywać emocji skrajnych; wyrzucanie z siebie przekleństw jest bardzo źle wdziane i jest rozumiane jako brak kontroli nad sobą. Zimnokrwisty Szkot zostawi swoje auto na środku drogi, bo przecież tam się zepsuło a następnie zadzwoni do szefa, który - wiedząc że przecież to nie pracownika wina - powie "awright, no worries". Dlaczego miałby powiedzieć co innego, skoro biedaczysko stoi pośrodku niczego i przez 2 dni będzie bez auta? Szkot nieśpiesznie zadzwoni po autopomoc i spóźniony o 2 godziny dojedzie do pracy, na co szef przywita go "dobrze, że nic ci się nie stało". Później, zamiast szukać winnych, Szkot napisze pismo do departamentu infrastruktury, dzięki czemu władze nieśpiesznie naprawią tą dziurę i kolejny nieszczęśnik nie zostanie bez auta na parę dni.

Kluczem tej historii jest to, na czym koncentrują się siły każdego z bohaterów (szukanie winnego a zapobieganie kolejnemu wypadkowi) i wzajemny szacunek wobec siebie. Nie chcę nikogo idealizować ani demonizować, ale tak jak Szkoci od nas mogą się nauczyć ogromnej przedsiębiorczości i zaradności, tak Polacy od Szkotów tego, że drugi człowiek, nawet jeśli przez jego zawinienie spóźniłeś się 2 godziny do pracy, też jest człowiekiem i należy mu się szacunek. Po prostu i bez "ale".

sobota, 31 stycznia 2015

Zima po edynbursku

Szkoci mają pełno własnych słówek. Uwielbiam określanie pogody słowem "dreich". Można nie znać języków germańskich, ale wydźwięk tego słowa jest na tyle mocny, że wiadomo o jaką pogodę chodzi. "Dreich weather" to domena prawie całego roku w Szkocji. Szczególnie cięzko jest zimą, gdy co chwilę pojawiają się mgły, leje prawie codziennie a dodatkowo wiatr śmiga aż trudno ustać na nogach. Pomimo zgryźliwych uwag, że Szkocja ma cztery pory roku: trzy rodzaje jesieni i wiosnę, zdarzają się niespodzianki. Śnieg rzekomo tutaj w ogóle nie pada. Po pierwsze, Edynburg leży w mikroklimacie (zatoka osłonięta górami), więc temperatury są raczej wysokie przy bardzo dużej wilgotności. Po drugie: znajomy Szkot powiedział, że "lepiej aby nie śnieżyło". Ukształtowanie terenu miasta, tj. że lezy ono na stu pagórkach, powoduje że jazda samochodem gdy złapie oblodzenie jest koszmarem. Tutejsi kierowcy niezbyt dają sobie radę z takimi warunkami.

Mimo wszystko zdarzają się niespodzianki takie, jak parę dni temu: najpierw śnieżyca (oczywiście musiałem akurat być na mieście), a potem dzięki niskiem temperaturze, utrzymujący się około 12. godzin śnieg. Wyszło bajecznie!

wtorek, 13 stycznia 2015

Elektroniczne tablice na przystankach

Na wielu przystankach w Edynburgu znajdują się tablice wyświetlające czas przyjazdu autobusu (na zdjęciu: po lewej od wiaty). Prognoza z wyświetlacza elektronicznego jest obliczana na podstawie realnego położenia autobusu, czyli się sprawdzi. Jak kiedyś pisałem, czasy podane na rozkładach drukowanych są raczej inspiracją dla kierowców; nie należy się spodziewać że autobus przyjedzie dokładnie o tej porze.

Dawno temu czekałem na mało uczęszczanym przystanku oczekując, że autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem. Gdy się nie doczekałem, sprawdziłem rozkład online i okazało się, że nijak nie pokrywa się z tym co wydrukowano na przystanku. Napisałem do operatora linii, a oni odpisali, że ... tak; wiedzą o tym.

Nad przystankami z tablicami elektronicznymi sterczą anteny. Powyżej: zdjęcie z przystanku okolic Dalry, gdzie podczas sobotniej imprezy ktoś przedłużył antenę pachołkami zabranymi z pobliskiej budowy.