poniedziałek, 9 marca 2015

Różnica w mentalności w jednej historii

Minął ponad rok odkąd zacząłem pisać bloga. Z racji na to, że niegdysiejsze dziwne/ciekawe dziś staje się codziennością - samo uderzenie różnicy jest dużo słabsze. Od samego początku chcialem, aby mój blog koncentrował się na tym, czego nie znalazłem w sieci wyjeżdżając do Szkocji - na różnicach kulturowych. Po roku myślę, że pewne rzeczy widać mocniej i tym samym można je opisać zwięźlej.

Najprostszy przykład tego, co różni Polaków i Szkotów niech zilustruje taki przykład: Polak i Szkot jadą dwoma samochodami. Każdy z nich wpada autem w dziurę, przez co uszkadza oponę i felgę. Niestety, np. w Edynburgu, ulice są równie dziurawe jak gdziekolwiek w Polsce, lecz ludzie jakby tego nie zauważają. Wracając do historii, mamy dwóch ludzi, każdy z uszkodzonym kołem przez dziurę w jezdni. Tu zaczyna się różnica.

Polak wyskakuje z auta, zaczyna się awanturować, rzucać obelgami. Szuka winnych, na pewno tych z magistratu, którzy ciągle nic nie robią a podatki biorą; na pewno tych którzy powinni dawno tą dziurę naprawić. W zasadzie wszyscy są współwinni. Polak szybko dzwoni do swojego szefa, że nie dojedzie na czas do pracy, na co szef wylewa na niego całą swą niechęć mówiąc, że definitywnie wpłynie to na jego ocenę i że spóźnianie nie jest tolerowane (zupełnie, jakby ten komu się to przydarzyło, zrobił to umyślnie). Kluczem jest szukanie winnego. Polacy notorycznie szukają winnych, natomiast niezbyt interesuje ich jak naprawić obecną sytuację -niezależnie kto jej zawinił.

Szkot wpadł autem w dziurę. Zaklnie sobie "o cholera", ale nie więcej, bo tutejsze obyczaje wskazują, że nie należy okazywać emocji skrajnych; wyrzucanie z siebie przekleństw jest bardzo źle wdziane i jest rozumiane jako brak kontroli nad sobą. Zimnokrwisty Szkot zostawi swoje auto na środku drogi, bo przecież tam się zepsuło a następnie zadzwoni do szefa, który - wiedząc że przecież to nie pracownika wina - powie "awright, no worries". Dlaczego miałby powiedzieć co innego, skoro biedaczysko stoi pośrodku niczego i przez 2 dni będzie bez auta? Szkot nieśpiesznie zadzwoni po autopomoc i spóźniony o 2 godziny dojedzie do pracy, na co szef przywita go "dobrze, że nic ci się nie stało". Później, zamiast szukać winnych, Szkot napisze pismo do departamentu infrastruktury, dzięki czemu władze nieśpiesznie naprawią tą dziurę i kolejny nieszczęśnik nie zostanie bez auta na parę dni.

Kluczem tej historii jest to, na czym koncentrują się siły każdego z bohaterów (szukanie winnego a zapobieganie kolejnemu wypadkowi) i wzajemny szacunek wobec siebie. Nie chcę nikogo idealizować ani demonizować, ale tak jak Szkoci od nas mogą się nauczyć ogromnej przedsiębiorczości i zaradności, tak Polacy od Szkotów tego, że drugi człowiek, nawet jeśli przez jego zawinienie spóźniłeś się 2 godziny do pracy, też jest człowiekiem i należy mu się szacunek. Po prostu i bez "ale".

sobota, 31 stycznia 2015

Zima po edynbursku

Szkoci mają pełno własnych słówek. Uwielbiam określanie pogody słowem "dreich". Można nie znać języków germańskich, ale wydźwięk tego słowa jest na tyle mocny, że wiadomo o jaką pogodę chodzi. "Dreich weather" to domena prawie całego roku w Szkocji. Szczególnie cięzko jest zimą, gdy co chwilę pojawiają się mgły, leje prawie codziennie a dodatkowo wiatr śmiga aż trudno ustać na nogach. Pomimo zgryźliwych uwag, że Szkocja ma cztery pory roku: trzy rodzaje jesieni i wiosnę, zdarzają się niespodzianki. Śnieg rzekomo tutaj w ogóle nie pada. Po pierwsze, Edynburg leży w mikroklimacie (zatoka osłonięta górami), więc temperatury są raczej wysokie przy bardzo dużej wilgotności. Po drugie: znajomy Szkot powiedział, że "lepiej aby nie śnieżyło". Ukształtowanie terenu miasta, tj. że lezy ono na stu pagórkach, powoduje że jazda samochodem gdy złapie oblodzenie jest koszmarem. Tutejsi kierowcy niezbyt dają sobie radę z takimi warunkami.

Mimo wszystko zdarzają się niespodzianki takie, jak parę dni temu: najpierw śnieżyca (oczywiście musiałem akurat być na mieście), a potem dzięki niskiem temperaturze, utrzymujący się około 12. godzin śnieg. Wyszło bajecznie!

wtorek, 13 stycznia 2015

Elektroniczne tablice na przystankach

Na wielu przystankach w Edynburgu znajdują się tablice wyświetlające czas przyjazdu autobusu (na zdjęciu: po lewej od wiaty). Prognoza z wyświetlacza elektronicznego jest obliczana na podstawie realnego położenia autobusu, czyli się sprawdzi. Jak kiedyś pisałem, czasy podane na rozkładach drukowanych są raczej inspiracją dla kierowców; nie należy się spodziewać że autobus przyjedzie dokładnie o tej porze.

Dawno temu czekałem na mało uczęszczanym przystanku oczekując, że autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem. Gdy się nie doczekałem, sprawdziłem rozkład online i okazało się, że nijak nie pokrywa się z tym co wydrukowano na przystanku. Napisałem do operatora linii, a oni odpisali, że ... tak; wiedzą o tym.

Nad przystankami z tablicami elektronicznymi sterczą anteny. Powyżej: zdjęcie z przystanku okolic Dalry, gdzie podczas sobotniej imprezy ktoś przedłużył antenę pachołkami zabranymi z pobliskiej budowy.

wtorek, 9 grudnia 2014

Dziwne choinki

Dziś przypadkiem zasłyszałem rozmowę współpracowników nt. nowego trendu - choinek do góry nogami. To nie żart. W Wielkiej Brytanii mozna już kupić zarówno sztuczne choinki do góry nogami, jak i specjalne wieszaki do (uwaga!) wieszania choinki na suficie. To na prawdę nie jest żart.

Leniwi mogą kliknąć tutaj, aby zobaczyć obrazki.

niedziela, 16 listopada 2014

Jazda autobusem w Edynburgu

W dużych miastach Królestwa Brytyjskiego jeżdżą autobusy piętrowe. Dlaczego nie takie, jak w Polsce, czyli przegubowe? To proste. Większość wielkich miast zachowała oryginalne uliczki jeszcze z czasów przed rewolucją samochodową. Z racji na to, że koń - nawet z bryczką - zajmuje niewiele miejsca a dodatkowo niewielu było na bryczkę stać, ulice były przystosowane do małego ruchu a zakręty - ciasne. Jeżdżąc autobusem w Edynburgu notorycznie skręca się pod kątem 90 stopni. Siedząc na górze, z przodu, można odnieść wrażenie że zaraz będzie zderzenie. Jeśli musisz jednocześnie przewieźć powyżej 100 osób i wjechać w skrzyżowanie o kącie prostym jest tylko jedne wyjście - zrobić autobus dwupiętrowy.

Co skłoniło mnie do postu o autobusach? Szok kulturowy, którego doznaje się podczas pierwszej jazdy.  Po pierwsze, przystanek do jazdy "przed siebie" jest zawsze po lewej stronie; z powodu ruchu lewostronnego trzeba dwa razy pomyśleć z której strony jest przystanek do jazdy "tam".

Po drugie, autobusy mają tylko jedne drzwi. Czemu? Otóż nie ma kiosków ani biletomatów. W biurze przewoźnika możesz kupić bilety miesięczne, wieloprzejazdowe ale zasadniczo bilety kupuje się u kierowcy. Jedne drzwi dają szanse, że każdy pasażer się wylegitymuje biletem. Między słowami chciałem napisać, że nie ma kontroli biletów. Wchodzisz do autobusu, witasz się z panem (serio), mówisz że chcesz bilet. Obok kierowcy stoi takie czerwone "coś", przypomina stojące pionowo pudełko na płytę CD. Wrzucasz tam pieniążka, pan patrzy przez plastikową szybkę czy się zgadza, przekręca pokrętło i pieniądze wpadają do skrytki. Wszystko trąci trochę techniką radziecką z lat 50-tych. Jeżeli masz przy sobie większy bagaż, zostawia się go na specjalnym miejscu koło drzwi i - będąc turystą - idzie na górę. Z racji na monitoring i ogólny dobrobyt obywateli nie należy się bać, że ktoś zawinie nasze bagaże. Co ważniejsze, społeczeństwo nie ma znieczulicy; ktoś by zareagował.

Sama podróż trwa długo. Normalne linie pokonują 10 km w około godzinę. Należy też pamiętać, że godziny na rozkładzie są przybliżone. To nie żart.

Brytyjska szkoła prowadzenia autobusów przewiduje, że pasażer jest dzielny i ma silnych odruch chwytny. Lepiej się (silnie) trzymać poręczy, bo kierowcy nie rozumieją czym jest płynna jazda. Mimo tego przed samym wyjściem większość pasażerów mówi "Thank you!" do kierowcy.

Najsilniejszym "dziwactwem" jest to, że cała komunikacja jest taka nieśpieszna. Autobus przyjechał 4 minuty po czasie, przejechał 2 przystanki i dochodzi do zmiany kierowców. Panowie jeszcze chwilę porozmawiają, pośmieją się, nowy kierowca zaloguje się w komputerze autobusu i wtedy - z 8 minutowym opóźnieniem - ruszacie z nadzieją, że na następnym przystanku nie spotkacie 20 osób chcących kupić bilet.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Hello!

Oprócz standardowego Good morning oraz Hello można spotkać parę powitań, których nie znajdziesz w podręczniku.

  • hiya - zapożyczony z amerykańskiego nieformalny zwrot powitalny. Częsty w Szkocji.
  • hello - czytane jak halo z ordynarnie polskim akcentem i długim "a"

Tutaj kończy się kanon tradycyjnych powitań z podręcznika i zaczyna życie. W Wielkiej Brytanii bardzo często wita się kogoś powiedzeniem Are you alright? (jak się masz), na które można powiedzieć że I am fine (jest dobrze), ale równie dobrze można odpowiedzieć tym samym pytaniem bez podawania odpowiedzi.

W kulturze brytyjskiej nie ma obyczaju marudzenia, więc zawsze na pytanie o samopoczucie odpowiada się, że jest dobrze, bądź not so bad (nienajgorzej). Czemu? Anglik z pracy odpowiedział mi że niezbyt ich interesuje czyjaś historia dnia. Z drugiej strony to głupio tak spotkać kolegę z pracy w kuchni i nie zagadać.

Często spotyka się pytanie Are you alright? skrócone do postaci Alright/Awright?. Zgodnie z kanonem najlepiej odpowiedzieć tym samym pytaniem i - znowu - nie wchodzić w pełną odpowiedź. Częstym zderzeniem kultury jest niezrozumienie sytuacji, w której Brytyjczyk pyta Awright? i nie czekając na nasz wywód idzie po kawę. Istotą jest zrozumienie, że to pytanie jest po prostu przywitaniem.

W tutejszej tradycji zakorzenione są małe rozmówki (small talks), które sprowadzają się do krótkich, powierzchownych pogaduszek z nieznajomymi. Stojąc w kolejce lub siedząc obok obcego w autobusie można spodziewać się, że nieznajomy zagai. Taki obyczaj. Przeprowadzi szybką rozmowę o pogodzie, która jest not so bad i zapyta czy jesteśmy awright. Dobrze jest mówić, że wszystko w porządku i jest nienajgorzej, bo przecież gdyby każdy z nas zaczął wylewać żale to nikt by się nie odważył na podjęcie małej (?) rozmówki.

W kontraście do Kanady/USA nie stosuje się powitania good day.